Nie użyjemy AI do poinformowania Was o rabacie urodzinowym

Dzisiaj chcemy Wam opowiedzieć o Monice – jednej z osób, które poznałyśmy w progach Kana Sapiens. Tym tekstem inaugurujemy nowy cykl, w którym będziemy przybliżać Wam historie ludzi Kana Sapiens: artystów_ek, twórczyń i osób, które współtworzą świat wokół naszego sklepu.
Na pierwszy ogień idzie Orła Robota Design. Rozmawiamy z Moniką Orzeł o tym, jak narodziła się jej marka, skąd bierze inspiracje i dlaczego natura potrafi podsunąć najlepsze zestawienia kolorów.
Nazywam się Monika Orzeł i wydaje mi się, że historia Orła Roboty tak naprawdę zaczęła się już na studiach. Byłam taką trochę niepokorną studentką. Chciałam na przykład drukować grafiki warsztatowe na materiale zamiast na papierze, co nie zawsze podobało się prowadzącym. Ciągle coś wymyślałam i kombinowałam – jak to ja. Zawsze muszę zrobić coś trochę inaczej. Już wtedy zaczęło mi świtać, że chciałabym, żeby grafika nie funkcjonowała wyłącznie na papierze. Chciałam przenosić ją na inne media, bardziej użytkowe, związane z designem i w formach przemysłowych.
Za faktyczny początek tej drogi uznałabym końcówkę studiów, czyli mniej więcej 2016 rok. Wtedy zaczęłam już powoli działać, chociaż marka nazywała się jeszcze inaczej – Druku Druku. Prowadziłam ją wspólnie z drugą osobą, ale po rozłamie potrzebowałam nazwy, która będzie już tylko moja. Tak pojawiła się Orła Robota Design. Nie przyszła od razu – trochę mi zajęło, zanim na nią wpadłam.

Pierwsze produkty drukowałam w stu procentach samodzielnie na prasie graficznej, na wodoodpornym materiale. Później zaczęłam rozwijać markę i korzystać z różnych rodzajów tkanin, a część nadruków zlecać drukarniom. Zaczęły pojawiać się kolejne elementy, na przykład autorskie paski. Wszystkie moje wzory są autorskie i niepowtarzalne. Nie znajdziecie ich nigdzie indziej. I jest jeszcze jedna bardzo ważna rzecz: twarzą marki jest moja muza, Cytra. Moja prawie 11-letnia psineczka, najukochańsza na świecie.
Mój proces twórczy zaczyna się właściwie już w momencie, kiedy w głowie rozpoczyna się burza mózgów. Coś zaczyna mi się kotłować i to jest ten pierwszy etap.
Oczywiście wcześniej jest podglądanie świata, obserwowanie i inspirowanie się różnymi rzeczami. Bardzo często zaczynam od koloru. Na Instagramie trafiam na profile poświęcone zestawieniom kolorystycznym – uwielbiam chociażby Pantone – i jakiś konkretny kolor albo połączenie barw potrafi uruchomić cały pomysł.
Bardzo inspiruje mnie też ulica i to, co noszą ludzie. Kolejnym ważnym źródłem jest muzyka. Lubię próbować przekładać formę dźwięku na aspekty wizualne.
No i natura. Ona bardzo dużo podpowiada, jeśli chodzi o kwestie kolorystycznych powiązań, które dobrze ze sobą współgrają. Widzę jakieś połączenie barw i nagle myślę: „Hmm, fajnie byłoby uszyć torebkę właśnie w takich kolorach”.
Na pewno muzyka. Bardzo ważny jest dla mnie też zapach kadzideł, bo jestem niesamowicie „zapachowa”, więc wszystkie zapachy drzewne, nietuzinkowe i trochę mniej oczywiste.
Jeśli chodzi o kadzidła, sandałowiec jest moim absolutnym top of the top, ale bardzo lubię też eksperymentować i poznawać nowe zapachy. Zapach naprawdę pomaga mi się skupić i wejść w odpowiedni nastrój do pracy.

Oczywiście jest jeszcze głaskanie Cytry i sama jej obecność. To wiadomo. No i kawa – zarówno jej zapach, jak i samo picie. Ten cały zestaw pomaga mi się sfokusować i wejść w tryb pracy twórczej.
Oczywiście. Spotykam się z tym na co dzień – i nie tylko w rękodziele, ale też w grafice czy szerzej w świecie sztuki.
Ciągle funkcjonuje takie przeświadczenie: „Dlaczego bierzesz za to tyle pieniędzy, skoro to jest twoja pasja?”. Borykam się z tym notorycznie. Osoby, które nie są związane ze sztuką, czasem wychodzą z założenia, że skoro robię coś, co lubię i co sprawia mi przyjemność, to właściwie nie powinnam brać za to pieniędzy.
Czyli co – powinnam dostawać pieniądze wyłącznie za rzeczy, których nie lubię robić? Dla mnie to kompletny paradoks.
Na targach też zdarzają się takie sytuacje. Ktoś pyta, ile kosztuje torebka albo nerka, a później słyszę, że jest drogo albo że dużo za nią biorę. Mam wrażenie, że trochę się to zmienia, ale nadal bardzo mocno wpływa na nas przyzwyczajenie do cen oferowanych przez wielkie sieciówki i platformy z ultratanią modą, które stawiają na ilość, a nie jakość.
Jeżeli można kupić torebkę za kilkanaście czy kilkadziesiąt złotych, cena ręcznie wykonanej rzeczy zaczyna wydawać się wysoka. Tylko że za tymi dwiema cenami stoją zupełnie inne procesy produkcji. Rękodzieło tyle kosztuje, bo osoby które je tworzą to są osoby, które robią to same lub przy współpracy z małymi, lokalnymi szwalniami albo firmami. I tak naprawdę wszystko obraca się w kręgu niewielkiej liczby osób i wszystko dzieje się lokalnie, więc wiadomo, że trzeba zapłacić odpowiednią ilość za materiały, projekty, za to że samodzielnie się to szyje.
U mnie wygląda to tak, że właściwie za wszystko odpowiadam sama. Oczywiście przy współpracy z Cytrą, która jako właścicielka marki wszystko nadzoruje, więc zdecydowanie ma najwięcej na głowie.
Sama projektuję tkaniny. Później wysyłam projekty do druku – a drukowanie małych nakładów dobrej jakości materiałów nie jest tanią usługą. Zależy mi też na jakości samych tkanin. Materiały wodoodporne, których używam, powstają między innymi z przetworzonych butelek PET. Do tego dochodzą dobre paski, zapięcia, nici, podszewki i wszystkie pozostałe elementy.
Każdy z nich jest małą cegiełką, która ostatecznie składa się na cenę gotowego produktu.
Bardzo. U mnie każdy produkt występuje w jednym egzemplarzu i właściwie każdy szczegół jest przemyślany. Kolor nitki dopasowuję do grafiki, kolor paska do podszewki, wszystko musi ze sobą współgrać.
Mam dużo znajomych zajmujących się rękodziełem i wiem, ile czasu pochłania taka praca. Poza samym fizycznym wykonaniem produktu jest przecież jeszcze cały proces twórczy i prowadzenie marki.
Duże firmy działają według zupełnie innego modelu. Jeden T-shirt może być produkowany w tysiącach egzemplarzy, dzięki czemu koszt jednostkowy jest znacznie niższy. Dodatkowo dochodzi kwestia produkcji w Chinach i Bangladeszu, gdzie koszty produkcji są niewielkie – ale kosztem warunków życia i pracy osób pracujących w szwalniach.
Mała marka tworząca pojedyncze egzemplarze nie ma takiej skali – i nie o taką skalę w niej chodzi. Albo ktoś chce dołożyć cegiełkę do zrównoważonej mody, albo chce wspierać komercyjne marki, które wykorzystują ludzi i produkują po taniości. Decyzja należy do indywidualnych osób.
Tak. Rękodzieło jest super, ale jest też bardzo wymagające. Mam jednak wrażenie, że coraz więcej osób zaczyna rozumieć, z czego wynika jego cena.
Jesteśmy otoczeni bardzo tanimi produktami i być może właśnie dlatego część osób zaczyna mocniej zwracać uwagę na to, w co właściwie inwestuje swoje pieniądze. Wolą kupić coś, co ma swoją jakość i historię. Coś stworzonego przez konkretną osobę, którą mogą poznać, zamiast przez anonimową markę.
I wydaje mi się, że historie małych marek zaczynają do ludzi coraz bardziej przemawiać. Super. Oby tak dalej.